MARCIN ELSNER

ELSI

Z DZIELNICY ŚWIĘTOCHŁOWIC ” CHROPACZÓW “

PISARZ – RAPER – BLOGGER

Tkwię w przekonaniu w którym posiadam dar, charakteryzujący się predyspozycjami do opisu uczuć, miejsc, wydarzeń, a pojawienie się go w moim życiu nie było przypadkiem i może to sprawia, że czuję się bardziej pisarzem, niż kimkolwiek innym.

Wszystko zaczęło się jeszcze przed moimi narodzinami.

Rozwód rodziców przez matkę, która nadużywając alkoholu, cudzołożyła i często znikała na tydzień, dwa… 

Pewnego dnia, wróciła do domu, mówiąc, że jest w ciąży.

Tak oto stałem się rozwijającym płodem w ciele kobiety, której towarzyszył nałóg i szczerze wolę wierzyć, że to cud, urodzić się z rękami, nogami, mimo pięciu poważnych pobić i po każdym jednym mama, ledwo dochodząc do siebie, wypisywała się z szpitala na własne żądanie.

Słyszałem, że wiele osób modliło się, bym przeżył, ale to dopiero początek historii.

Po narodzinach 9 czerwca 1994 roku, mój los w głównej mierze, zależy od decyzji sądu, komu z rodziców przyzna prawo do opieki. Matki nie było stać na moje utrzymanie, a ojciec nie wierzy, że jestem jego synem, więc początkowo, miałem trafić do domu dziecka. Na rozprawie padło dwustronne ” Rób sobie z nim, co chcesz! “, więc nic nie zapowiadało, by ta decyzja miała się zmienić, ale ojciec wraz z ciotką wybrali się do szpitala, chociaż mnie zobaczyć. Znając ojca to pewnie chciał znaleźć jakieś podobieństwo, ale zamiast tego na sali położniczej, gdzie leżałem wśród wielu innych płaczących dzieci, okazałem się płakać najgłośniej.

Z jego osobistej relacji wiem, że każdy krok w moim kierunku ten płacz zamieniał w szeroki uśmiech. 

Ten uśmiech sprawił, że kamień spadł mu z serca i wziął mnie pod opiekę.

Od tej pory mieszkałem, między dwoma światami. U ojca, który sumiennie poświęcił się pracy, żeby utrzymać trójkę dzieci, a matka wyniosła się z rodzinnego domu i chodź tak bardzo się mnie wyrzekła, to przez podzielenie praw do opieki, czasami brała mnie w wózku na swe wyprawy, gdzie jej styl życia to długie wyczekiwanie pod drzwiami, aż wróci…

Po jednym z takich powrotów, paliłem się w wózku, przez co miałem ogromną bliznę na plecach, której historia, była pilnie strzeżona, jak również cała przeszłość mojej matki w rodzinnym gronie, stała się tematem tabu. Pieniądze, które dostawała od ojca, gdy wychodziła z domu, zwykle przepijała, a ja byłem w tym czasie głodny.

Dom mojego ojca to miejsce w którym nigdy niczego nie brakowało, a sprawa wychowania przypadła na moje starsze rodzeństwo i myślę, że wywiązali się z tego zadania celująco.

Dorastając, zacząłem dostrzegać zimne spojrzenia, szepty oraz dochodziły do mnie różne sygnały, przypadkowi ludzie, zdziwieni, gdy zobaczyli mnie z moją matką, opowiadając mi o niej historię, ale jako dziecko, znałem jedno zdanie, które powtarzała mi mama i cokolwiek mi ktoś powiedział, stałem za nią murem ” – masz jednego ojca i jedną matkę. “.

Nigdy nie narzekałem, gdy matka w mojej obecności piła “soczek”. Odwiedzałem z nią różnych ludzi, dostawałem maskotki i bawiłem się w innym pokoju, by później wracać z nią do jej domu. Brała piwo na kartkę, a jak się skończyło to albo poleciałem jej po następne lub wymieniałem puszki na złomie, żeby było mnie na to stać. W sklepie, gdy coś chciałem , a matka nie mogła mi tego kupić, to kradłem. Mieszkała w kamienicy na parterze, gdzie zwykle temperatura nie przekraczała 12 stopni, grzyb na ścianach, lodówka była wyłączona i pusta, chyba, że w specjalnych okolicznościach mama włączała prąd, tylko zimna woda i piec kaflowy do którego zwykle brakowało węgla, drewna, dlatego moim głównym zajęciem tam stała się gazetka dla dzieci ” Promyczek “. Krzyżówki, modlitwy, łamigłówki, czyli wszystko, dzięki czemu można nauczyć się pisać, czytać i rozwijać się w zawrotnym tempie i do dzisiaj pamiętam, jak przy jednej z tych gazet, wypowiadałem życzenie ” Chcę, żeby mama i tata byli razem. “.

Marzenie nigdy się nie spełniło, nawet w najmniejszym stopniu, ponieważ zawsze, gdy mama odprowadzała mnie do taty i wołała przez otwarte drzwi, że jestem z powrotem, stawała się wiatrem, na który nawet nie spojrzał. Wtedy jeszcze wielu rzeczy nie rozumiałem, nie znałem, ale nie przestawałem wierzyć.

Najważniejszą kwestią w wychowaniu, były również słowa ” Dziękuję, proszę, przepraszam. “, czyli trzy magiczne słowa, które wpajane mi były na porządku dziennym i raczej w towarzystwie mamy w sklepach, przed innymi ludźmi na ulicy czułem się ważny, ponieważ mama zawsze chwaliła się mną na prawo i lewo, że jestem jej synem, ale to nie zmieniało faktu, że ludzie, jakoś reagowali zwykle z zimnym spojrzeniem, a gdy tylko zostawałem z mamą sam na sam, wpadała w różne stany po alkoholu.

Najpierw zaczynała płakać, a później krzyczeć: : “- On już nie wróci! “

Zawsze starałem się stać się oparciem. Przejąć część łez i ją pocieszyć, a w kontrze zwykle zostałem obwiniany o wszystko i tak też było kolejny raz w wieku sześciu lat, gdy miałem zostać u niej na noc.

Wiem, że dzień był pochmurny, szybko robiło się ciemno, a ja za kamienicą przed oknami kopałem sam o mur gumową piłką, a moja mama piła z swoją sąsiadką. Wcześniej rysowałem w kuchni, ale mama kazała mi wyjść, chodź ledwo wróciliśmy z centrum miasta. Po jakimś czasie zanosiło się na deszcz, więc wróciłem. Sąsiadki już nie było, ale za niedługo miał wrócić od mamy kochanek, którego nazywałem wujkiem, a wszędzie panował chaos. Wiedziałem, że gdy to zobaczy, będzie zły, ale nie potrafiłem posprzątać na czas, a on wrócił. Kłócił się z mamą, spojrzał na mnie i powiedział ” – Zrób coś z tym dzieciakiem! “, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami. Skamieniała twarz matki mówiła wszystko, że właśnie się zaczyna…

– Biegnij za nim i bez niego nie wracaj! – wypowiedziała słowa po których, wpadła w swój rytuał płaczu,

Nie odpowiedziałem. W tej chwili najważniejsze dla mnie było, żeby nie zawieść matki, która znów płacze, więc wybiegłem z kamienicy.

Było już ciemno, a żółte światła latarni odbijały się w kałużach. Rozejrzałem się na prawo lewo i zobaczyłem jego posturę z lewej strony, jak skręca za kamienicą na końcu ulicy. Biegłem, ile tylko miałem sił w nogach, ale ledwo wybiegając za kamienicę, był już za daleko, więc jedyne, co mi zostało to krzyk.

– Wujek…!!!

Zatrzymał się, odwrócił, po czym szedł dalej.

Nie wiedziałem, jak wytłumaczę mamie, że mi się nie udało. Byłem przemoczony do suchej nitki i po prostu chciałem wrócić, ale drzwi były przede mną zamknięte. Pukałem, waliłem po drzwiach, płakałem, nie mając pojęcia, co dalej, aż po usłyszeniu za drzwiami…

” – Jesteś ciężarem! Nie powinieneś się narodzić. “

Po tych słowach za drzwiami nastała cisza, aż w końcu rozejrzałem się dookoła, zauważając, że pijana sąsiadka nie domknęła drzwi z swojego mieszkania, więc lekko je uchyliłem, widząc przy drzwiach szafkę na której leżały gazety, kilka zeszytów i długopis. Zabrałem wszystko i zamknąłem jej drzwi.

W głowie miałem straszny chaos, gdzie powinienem się udać do tego stopnia, że nie chciałem dalej być ciężarem dla świata w którym nie mam swojego miejsca, więc udałem się na strych kamienicy z  tak mrocznymi myślami, które nie pozwoliłyby mi więcej otworzyć oczu.

Położyłem wszystko, co przyniosłem obok okienka z którego padało lekkie światło. Wszędzie były sznury na pranie i możecie się domyśleć, co z nimi zrobiłem, skoro często podglądałem, jak moja mama szyje ubrania. Byłem już na podwyższeniu, gdy wpadłem na pomysł, że zostawię coś po sobie. Nie wiedziałem, co dokładnie, miałoby to być, ale spojrzałem na to, co przyniosłem z sobą i usiadłem trzymając długopis w ręce, zaczynając spisywać każde słowo, które znając, mogłoby wyrazić, co czuję.

Każdy szelest w kamienicy przyprawiał mnie o gęsią skórkę, ale nim się obejrzałem przy tym zajęciu nastał poranek i postanowiłem sprawdzić, czy matka mi otworzy, ale ku mojemu zaskoczeniu drzwi były otwarte, a mama spała, jak zabita. Położyłem się obok niej po części wiedząc, że takich sytuacji będzie w przyszłości o wiele więcej, a gdy się obudzi, nie będzie pamiętać dnia poprzedniego…

Tak oto narodziło się kolejne marzenie, żeby nie być dla nikogo ciężarem.

Mógłbym przytoczyć wiele innych sytuacji, ale idąc dalej, nie spodziewałem się, że gdy pójdę do szkoły, przeszłość mojej matki stanie się moją łatką i będę musiał na siłę szukać akceptacji wśród rówieśników.

Na przykład podszedłem do kogoś chcąc się zaprzyjaźnić, ale jego mama spojrzała na mnie z góry mówiąc, że jestem z patologicznej rodziny i nie wolno mu się ze mną zadawać. Byłem przezywany, bity w szkole przez starszych, którzy znali moją matkę i często wracałem z płaczem do domu, zazdroszcząc innym idącym z mamą i tatą za rękę, gdy ja wracałem samotnie, dlatego zwykle zadawałem się z starszymi i wykorzystałem to, co na ten czas potrafiłem robić najlepiej, czyli okradać i wystarczyło, że poczekali pod sklepem, a wyniosłem im, co tylko chcieli, a w zamian mogłem się z nimi zadawać, chodź wiedziałem, że to jedynie sztuczna akceptacja.

Nie zliczę grup, bo było ich od groma, ale miało to też swój koniec w wieku ośmiu lat, ponieważ dowiedziała się o tym moja starsza siostra. 

Cały czas w tym czasie zapełniałem zeszyty, bo jeśli ktoś nie chciał się ze mną przyjaźnić, a właśnie w tym czasie bawił się z innymi w domek na drzewie, to taki też był tytuł opowiadania, które stworzyłem, by móc mieć przyjaciół chociaż, jeśli to tylko słowa.

Od pierwszej klasy podstawówki pokazywałem swoje wiersze i opowiadania wychowawczyni, która obiecywała mi, że znajdzie dla mnie konkurs i tak minęły pierwsze trzy lata bez odpowiedzi w tym temacie…

W czwartej klasie podstawówki, zrozumiałem, że, jeśli pani z j.polskiego zada zadanie, to zrobię je po swojemu, pisząc wiersz lub opowiadanie i tak pierwszym opowiadaniem, jakie czytałem przed całą klasą było : ” Zaginiony kamień “. Usłyszałem wtedy od znajomego, że strasznie wszystkich wciągnęło, chodź zwykle jedni mówili: “- Po co ci to? “, a drudzy ” – Skąd wiesz? Może to będzie jego przyszłość. “.

Nie traktowałem tego, jako marzenie lub coś, co lubię, a raczej, jako coś bez czego nie potrafię oddychać i pamiętam, jak dziś, gdy się pierwszy raz zakochałem w wieku dwunastu lat, nie mogąc tak obojętnie przejść obok tego uczucia, zacząłem je opisywać. 

Tak, jak się spodziewacie, gdybym miał chodź jeden zeszyt z tamtych czasów, ale przez przypadek w wieku dziesięciu lat siostra przez pomyłkę wyrzuciła całą torbę z moimi zeszytami i tak przez następne lata ja również nie trzymałem niczego na dłuższą metę, chodź teraz wiele razy chciałbym wiedzieć na jakim wtedy byłem poziomie.

Pisałem tak do piętnastego roku życia, aż nie usłyszałem z telefonu od kumpla muzykę rap. Wcześniej klasyfikowałem muzykę, jako jeden typ, tylko poszczególni wykonawcy się wyróżniali, więc wróciłem do domu z myślą, że też tak potrafię, chodź wcale nie było to takie łatwe, jak mi się z początku wydawało. Przejście z białego wiersza w rymowany. Jak się okazało, kilka z utworów stworzył jego brat z znajomym, więc mógłbym powiedzieć, że to nie tylko zasługa: Paktofoniki, WWO, Peji, itd…, że zacząłem rapować, ale również okolicznych podziemnych raperów. Szybko wziąłem się do pracy i poznałem wiele osób z tego kręgu, jak również brata od kumpla i jego znajomego i jak na mnie przystało, wciągnąłem w to wszystko innego znajomego tworząc skład ” S.C.W “.

Pełna nazwa składu to ” Słowa Ciągle Wieczne ” i pierwsze utwory szybko stały się przeszłością, ponieważ z tego, co wiem, jego znajomi mówili, że jestem słabszy, więc postanowiłem iść własną ścieżką. Nie których nie będę wymieniać, ale bardzo mi pomógł Adaśko, który teraz jest znany, jako ” Adam Wu ” z Zabrza ( wcześniej z Świętochłowic ), z którym zaprzyjaźniłem się w gimnazjum na wycieczce przez podobny gust muzyczny i jako, że dużo wcześniej interesował się ową zajawką, znał fora to wprowadził mnie mocno w tą subkulturę i jakimś trafem, wokół mnie pojawiali się sami dobrzy gracze. Zostawiłem wiersze, opowiadania, by oddać się temu bez reszty i poprosiłem koleżankę z gimnazjum, by zrobiła dla mnie okładkę na płytę, po czym poszedłem do zawodówki, jako cukiernik, ponieważ zależało mi na pieniądzach za które kupiłem w grudniu pierwszy mikrofon w MediaMarkt za 90zł.

Przygotowywałem się do tego, aż od kupienia mikrofonu, ale o tym, że rapuje, wiedziało już wielu i raczej słyszałem, że nie jest to najgorsze i mam fajny głos, więc to jeszcze bardziej popychało mnie w tym kierunku.

29 kwietnia 2011 roku pojawiła się moja pierwsza płyta i publikuję tu parę utworów. Nagrywane były poprzez umieszczenie mikrofonu w szafie między ubraniami i miałem na dzień zaledwie na utwór po 20-30 min., ponieważ używałem pożyczonego przedwzmacniacza, który koledze był widocznie potrzebny. Cała płyta powstała w dwa tygodnie.

Rozdałem płytę i w zawrotnym tempie zainteresował się moją muzyką Caban z Lipin, który zaproponował mi wspólny utwór. Spotkaliśmy się na Chropaczowie w Świętochłowicach i poszliśmy z materiałem do półprofesjonalnego studia, gdzie okazało się, że postanowiliśmy utworzyć skład ” Dwa Oblicza ” 29 czerwca 2011 roku.

Jeżeli psycholog zapytała mnie, co u mnie w życiu, to wszystkie strzałki były skierowane na istnienie składu. Sam wymyśliłem nazwę, bo tak chciałem nazwać pierwszy utwór i ten okres wywrócił moje życie do góry nogami, ponieważ na nowo mogłem kształtować relacje z innymi, nie mieszając w to wszystko przeszłości, ale po rozpadzie 10 czerwca 2012, nie wiedziałem, czy mam wrócić do solowego nagrywania, czy też szukać sposobów, naiwnie wierząc, że przywrócę wszystko do życia. Solowe nagrywanie to też nie łatwa sprawa, ponieważ wszystkie kontakty poszły do kosza, a w głowie zamiast słów i kreatywności, panował chaos. Wiedziałem jedno: ” Jakość nagrań jest ważna “, ale studio również przepadło, ponieważ wszyscy się ode mnie odwrócili. Prawda, zasady, które tak często wielu z przyjaciół miało na ustach, stały się dla mnie przelotną chwilą. Nie miałem żadnego znajomego, który byłby chętny nagrać wspólny utwór i nikt nie miał takiego zapału, jak Caban i tak minęło pół roku, dopóki znowu nie wróciłem do swojej pierwszej miłości. Dziewczyny w której zakochałem się w wieku dwunastu lat. Ona nie za bardzo się mną interesowała, wręcz zbywała na wszelkie możliwe sposoby, ale obiecałem jej, że pójdę sprawdzić, jaka powinna być moja muzyczna droga w programie telewizyjnym MBTM. Nie łamię obietnic, ani nie rzucam słów na wiatr i tak też zrobiłem. Poszedłem na precastingi do Katowic, a po jakimś czasie siedziałem już w aucie z kuzynką i z jej przyszłym mężem, jadąc do Warszawy na nagrania.

Pierwszy raz na prawdziwej scenie przed tyloma ludźmi. Dziesięć godzin oczekiwania na swoją kolej. Zmęczenie z stresem, zrobiło swoje, ale do dziś uważam, że na tej scenie wydarzył się cud, gdy pomyliłem się w tekście, bo pomyślałem o wrogach i wskazywałem, żeby wyłączyli muzykę, a dokładnie w sekcji refrenu, ręka z mikrofonem, mimowolnie podeszła pod usta, które wypowiedziały kilka słów, aż sobie przypomniałem resztę i rapowałem dalej z prądem. Nic w tym programie nie było ustawione i do dziś mam z tym bardzo dobre wspomnienia, chodź po samym występie chciałem tylko jechać z powrotem i kompletnie zapomnieć o tej klapie. Ś. p. Kora tylko z czwórki jurorów była na ” TAK ” i poza kulisami, gdy tylko mnie zobaczyła, podbiegła, mówiąc mi : ” Będziesz kimś! “. Nigdy tego nie zapomnę, a przed tobą nagranie z mojego występu w 6 odcinku 5 edycji Must Be The Music.

Mógłbym powiedzieć, że po występie myślałem, że wena, czy jakkolwiek to natchnienie nazwać mnie nie opuści, ale poszedłem trochę w złym kierunku, nie zdając sobie z tego sprawy. Kupiłem sobie klawiaturę sterującą ( klawisze do grania ) i chciałem tworzyć beaty pod swoje nowe utwory, a potem pod to napisać teksty. W tym samym czasie ulatniało się ze mnie poczucie własnej wartości i chodź nie byłem u eksperta w tej dziedzinie do dziś twierdzę, że to postępująca depresja. Nie pisałem… Nie pisałem lub wszystko, co udało się napisać wyrzucałem, aż po pół roku poszedłem do pracy i szczerze poprawiałem sobie tylko humor tym, że byłem w programie i wielu mnie rozpoznawało, ale głos z tyłu głowy był coraz głośniejszy i przebrnąłem przez pracę w ochronie, sklepie, kuchni, stacji benzynowej, ogrodniczym, magazynie, zrobiłem nawet certyfikat spawacza i tłumaczyłem sobie, że może jeśli zbuduje sobie miejsce pracy to może wreszcie… Jeśli coś to może… Fatamorganę, jaką miałem przed oczyma, nigdy nie przynosiła skutku, ale  też nigdy nie przestałem próbować, a głos z tyłu głowy nigdy nie przestał wołać głośniej ” – rób to w czym jesteś najlepszy! Co byś chciał zobaczyć najbardziej? Moje słowa prawda? “. W 2017 roku po 4 latach od występu byłem już wręcz załamany, ale poznałem kobietę z którą jestem do dziś, która ma wysokie poczucie wartości, mocno stąpa po ziemi, gdy ja potrafiłem jedynie bujać w obłokach, chodź wszyscy już o mnie zapomnieli i w 2018 roku nastąpił przełom. Może to dzięki niej. Sam nie wiem, ale stojąc na przystanku z pracy i słuchając muzyki, zacząłem sam z sobą rozmawiać, nazywając ten głos ” Władcą Metafor ” i pomyślałem, że powinienem kupić mikrofon. Razem z nią chciałem go zaledwie przetestować i napisałem utwór od ręki, ale wciąż to pozostawało dużo do życzenia i wyjechałem na trzy miesiące do pracy w Anglii i poznałem tam wielu artystów, którzy nie byli na żywo, aż tak idealni, a w utworach, wręcz bogami, więc po powrocie do Polski udało mi się złapać kontakt na człowieka, który pomoże mi w miarę umiejętności przeprowadzić obróbkę wokalu itd…, gdy będę mieć gotowe ścieżki. Utwór bardzo mi się podobał. Ledwo wróciłem z Anglii i ” Deja Vu “, wręcz mnie zaskoczyło, a on wysłał mi wersję w krórej mam autotuna na głosie i strasznie wszystko było nie spójne, więc wstałem z łóżka, odpaliłem komputer, zobaczyłem kilka poradników i na tanich słuchawkach zrobiłem mix / master po swojemu i strasznie lubię to robić i sądzę, że z każdym utworem wychodzi mi to coraz lepiej oraz zakupiłem lepsze słuchawki. Dziś, gdy to piszę jest dzień przed wydaniem dziewiątego utworu razem z ” Deja Vu ” i czuję się coraz lepiej, a pomysły przychodzą do mnie coraz częściej i nawet niedawno zagrałem koncert w Pubie, więc jedyne, co zostało mi do napisania to C.D.N…